wtorek, 30 września 2014

Apis - Szampon Błotny z minerałami Morza Martwego.

Dzięki Tatianie z bloga Dobre dla Urody mam możliwość  ponownie gościć w mojej łazience kosmetyki firmy Apis. Moje pierwsze spotkanie z kosmetykiem tej firmy należało do bardzo przyjemnych. Rok temu spędziłam miło wiele wieczorów w towarzystwie Żurawinowego koktajlu do ciała. Pierwszym kosmetykiem z gromadki którą otrzymałam do testów i jaki Wam opiszę, jest Szampon Błotny z minerałami Morza Martwego - intensywna regeneracja.  

 
Od producenta: Oparte o minerały z Morza Martwego-źródło mikro i makroelementów o wysokiej koncentracji wapnia, magnezu, jodu, bromu, potasu i żelaza, a także inne ekstrakty ziołowe i owocowe. W serii Inspiration wzbogacone dodatkowo o czarne błoto z Morza Martwego, które wspomaga leczenie m.in łuszczycy. Dostarczają skórze i włosom substancji niezbędnych do prawidłowego metabolizmu. Dzięki odpowiednio dobranym unikalnym składnikom bioaktywnym: zmineralizowanemu czarnemu błotu i soli krystalicznej z Morza Martwego, ekstraktu z awokado, aloesu, kolagenu i protein jedwabiu, dostarcza skórze i 
włosom substancji niezbędnych do prawidłowego metabolizmu. Działając wewnątrz włókna włosów wzmacnia, intensywnie regeneruje, odżywia i zapobiega ich wypadaniu.





Szampon znajduje się w zgrabnej i estetycznie wyglądającej plastikowej butelce. Wydobywanie  z niej kosmetyku nie sprawia żadnych problemów, tak samo jak i jej zamykanie. Konsystencja szamponu jest dość treściwa , nie ucieka z ręki jak i z włosów podczas  nakładania. Kolor szamponu jest zielonkawo, beżowo szary. Zapach bardzo mi się spodobał i cieszy mnie fakt , że przez jakiś czas po umyciu utrzymuje się na włosach. Jest on taki błotny , mineralny i troszkę męski. Równocześnie jest on delikatny i nie jest drażniący dla naszego nosa. Włosy myję zazwyczaj co drugi dzień, jednak ostatnio dość często biegam , pływam więc co raz częściej myję je każdego dnia. 





Szampon bardzo dobrze oczyszcza moje włosy , również po ich olejowaniu. Tworzy przyjemna pianę, którą pozostawiam na głowie na około minutę. Bezproblemowo wypłukuje się z moich włosów . Moje włosy są bardzo cienkie i mimo, iż są krótkie,  ten szampon niestety dość mocno je plącze. Włosy po umyciu są szorstkie oraz matowe. Za każdym razem sięgam po ten szampon, muszę użyć również balsam do włosów, w celu ich bezproblemowego rozczesania. Obecnie używam balsam Baikal Herbals o którym napiszę już niedługo. Włosy po użyciu szamponu oraz balsamu są sypkie i przyjemne w dotyku. W moim przypadku szampon nie obciąża ich. Z moimi włosami nie mam jakiegoś większego problemu jeśli chodzi o ich wygląd. Moim jedynym problemem jest ich nadmierne wypadanie. Niestety w chwili obecnej używam kilka produktów na wypadanie włosów dlatego ciężko mi stwierdzić czy ten szampon również miał wpływ na ograniczenie ich wypadania.


Szampon w żaden sposób nie podrażnia, nie wysusza  jak i żaden inny sposób nie wpłynął negatywnie na stan moich włosów oraz skóry głowy. Jeśli szukacie dobrze oczyszczającego szamponu to mogę Wam go polecić. Jeśli jednak nie używanie balsamów i masek do włosów to niestety szampon może Wam dość mocno plątać włosy i sprawić, że będą matowe w dotyku. Szampon   posiada swoje minusy, mimo to z ciekawości chętnie sięgnęłabym po inne kosmetyki z tej serii. 

Pojemność: 250 ml
Cena: 19 zł


W chwili obecnej na stronie Apis można go dostać w promocji klik


niedziela, 28 września 2014

Isana żel pod prysznic - Sommerdusche Orange & Grapefruit.

Moje pierwsze spotkanie z żelem pod prysznic firmy Isana nie należało do przyjemnych. Rok temu skusiłam się na żel o zapachu kokosowym, zapach który uwielbiam, niestety  miał on w sobie więcej chemii niż kokosu. Pozostałe obietnice producenta też należały tylko do niespełnionych obietnic. Minął rok nim postanawiam ponownie skusić się na kosmetyki Isana.  Kilka tygodni temu w moje łapki wpadł żel pod prysznic Sommerdusche Orange & Grapefruit.


Od producent: Żel pod prysznic Isana na lato wzbogacony o olejek pomarańczowy; do codziennej pielęgnacji. Świeży i owocowy zapach cytrusów wprawia w wakacyjny nastrój. Soft Care Complex pomaga utrzymać równowagę nawilżenia skóry i chroni ją przed wysychaniem. Skóra jest miękka i elastyczna.


Żel znajduje się w przyjemnej dla oka plastikowej butelce. Z łatwością wydobywamy  z niego kosmetyk do samego końca. Zamykanie nie zacina się jak i nie psuje. Kolor żelu również przyciąga nasz wzrok, jest mieszanką grejpfruta oraz pomarańczy. 
Jak wiecie żele Isana należą do bardzo tanich. Teraz już wiem , że nie ma sensu patrzeć na większość obietnic producenta jak np. nawilżanie. Najważniejsze dla mnie jest to , że żel nie wysusza mojej skóry ( nie używam go jednak każdego dnia , lubię zmiany zapachowe podczas wieczornej kąpieli , plus zawsze używam potem olejek lub masełko do ciała  ).  Pieni się bardzo dobrze, a piania milutko otula nasze ciało. Dobrze myje i bezproblemowo spłukuje się z mojej skóry, nie podrażnia jak i nie uczula jej. Konsystencja żelu jest dość rzadka, lejąca , jednak mi to w niczym nie przeszkadza. A teraz to co najważniejsze: zapach. Dla mnie jest po prostu świetny. Jest słodkawo kwaśny, orzeźwiający ale nienachalny dla naszego nosa. Jest to seria na lato, jednak ja taki zapach mogę używać przez cały rok.  Nie utrzymuje się na skórze ale teraz już mi to nie przeszkadza,  bo po kąpieli i tak sięgam po masełka które mają własny zapach. 


Pojemność: 300 ml
Cena: 2,99

Niestety wczoraj nie udało mi się zakupić  kolejnego opakowania tego żelu , są dostępne inne wersje zapachowe. Z pewnością  na coś jeszcze się skuszę.


Miłej niedzieli :)
Magdalena

czwartek, 25 września 2014

Bielenda, Fruit Bomb - masło do ciała PAPAJA.

Trochę późno zabrałam się za napisanie postu o tym kosmetyku, ale lepiej późno niż wcale . Masełka do ciała uwielbiam i potrafię mieć ich otworzonych kilka jednocześnie . Po prostu tak mam , że często po wieczornej kąpieli  lubię sięgać po inną nutę zapachową. Podobnie zresztą mam z mydłami, żelami i innymi kosmetykami do mycia. Masło do ciała  firmy Bielenda zakupiłam w cenie promocyjnej w Biedronce. Skusiłam się na wersję papaja. Na początku masła mnie nie kusiły , potem zerknęłam na skład i widząc, że zamiast parafiny na początku w składzie mamy masło shea , stwierdziłam, że jednak je wypróbuję. 

 
Od producenta: Cukrowe peelingi lub masła do ciała fruit bomb to idealny sposób na poprawę kondycji skóry. Peeling ma właściwości wygładzające i regenerujące, a masło odżywia i nawilża. Otul swoją skórę oszałamiającym zapachem i zapewnij jej jedwabistą gładkość. 
Aksamitnie kremowe Masło do ciała o zapachu PAPAI to idealny sposób na poprawę wyglądu i kondycji skóry. Masło ma właściwości ujędrniające i nawilżające. Kompleksowo pielęgnuje ciało, aktywnie regeneruje naskórek, uelastycznia go, przywraca mu wyjątkową miękkość i gładkość. Intensywny zapach egzotycznej papai poprawia samopoczucie i nastraja pozytywnie. Podaruj swojej skórze owocową pielęgnację i uczyń swoje ciało pięknym, pachnącym zmysłowym i bardzo apetycznym.


Kosmetyk znajduje się w dość małym, zakręcanym plastikowym opakowaniu. Jest na tyle przyjemne i dobrze zrobione, że zostawiłam je  i używam go jako opakowanie do domowych peelingów. Masło posiadało nie za gęsta konsystencję, jak dla mnie idealną na lato. Bardzo przyjemnie rozprowadzało się po skórze i w miarę szybko wchłaniało się. Przez jakiś czas pozostawiało delikatną  warstewkę na skórze ale mi to w zupełności nie przeszkadzało. Kolor masła był biały, choć przyznaję, że miałam nadzieję , na kolor bardziej żółty. 


Zapach kosmetyku należał do jak najbardziej przyjemnych. Był słodkawy a zarazem lekko orzeźwiający. Był na tyle delikatny , że beż problemu można ten kosmetyk stosować każdego dnia a zapach nam się nie zbrzydnie jak i nie będzie drażnił naszego nosa. Kosmetyk stosowałam wieczorami po kąpieli , czasami rano ale tylko na nogi. Masełko utrzymywało poziom nawilżenia mojej skóry na dobrym poziomie, w żaden sposób nie podrażniało oraz nie zapychało mojej skóry. Po zastosowaniu skóra była bardzo przyjemna w dotyku. Oczywiście nie zauważyłam aby skóra była bardziej ujędrniona. Największy minus kosmetyku to fakt , iż bardzo szybko się skończyło. 


Jak widzicie masełko ma swoje plusy oraz minusy. Ja zużyłam swoje z przyjemnością ale nie wiem czy spisałoby się u osób z suchą skórą. Uważam, że jest to kosmetyk dla skóry mało wymagającej. 

Pojemność: 100 ml 
Cena: 5,99 ( Ja zakupiłam je w cenie 3 zł ) 

Nie wiem czy masełka są jeszcze gdzieś dostępne i czy jeszcze kiedyś będą dostępne. Mam nadzieję, że tak. 


niedziela, 21 września 2014

Bee Venom - serum do twarzy firmy Skin Chemists.

Fakt posiadania bloga, którego głównym tematem są  kosmetyki,  bardzo zmienił moje podejście do  kosmetyków oraz sprawił, że zaczęłam bardziej patrzeć na kosmetyczne potrzeby mojego ciała, skóry, włosów. Zakochałam się w kosmetykach o bardziej naturalnym składzie. Uwielbiam domowe kosmetyczne wyroby a w mojej szafce zawsze znajdują się różne olejki, które często zastępują mi kremu lub balsam do ciała.  Sięgam też po kosmetyki wegańskie, szkoda, że nie są one bardziej dostępne.  Ostatnio jednak, coraz częściej myślę też, by stosować kosmetyki przeznaczone już bardziej dla skóry  dojrzałej. Swoje latka już mam. Każdego dnia staram się biegać , pływać lub jeździć na rowerze. Te atrakcje wspaniale wypływają na moje ciało,  jak wiecie walczę z cellulitem którego nabawiłam się po dwuletniej kuracji hormonalnej. Jeśli chodzi o buzię dodatkowym problem stają się teraz również zmarszczki, a grawitacja również robi swoje. Kosmetyków typowo przeciwzmarszczkowych oraz ujędrniających u mnie brak,  dlatego, gdy napisała do mnie pani Magda, proponując mi wypróbowanie kosmetyków z serii Bee Venom, wiedziałam , że to coś dla mnie. Na początku lipca dotarła do mnie paczuszka prosto z UK , zawierająca dwa kosmetyki firmy Skin Chemists. Dzisiejszy post jest o serum do twarzy z serii Bee Venom


Od producenta: Głównym składnikiem aktywnym serum jest Bee Venom- Jad pszczeli z Nowej Zelandii. Działanie jadu pszczelego porównuje się do , bezigłowego botoksu. Dotychczas nie udało się uzyskać syntetycznej formy jadu pszczelego w laboratorium, dlatego w naszym serum znajduje się wyłącznie oryginalny jad pszczeli. Jeden gram jadu kosztuje około 420 dolarów - ponad osiem razy więcej niż aktualna wartość złota.
Jad pszczeli jest kompleksem peptydów i białek. Mellityna stanowi do 50% składu jadu pszczelego, innymi składnikami są np.: apamina, adolapina, dopamina, norepinefryna, histamina. Jad pszczeli ma działanie przeciwnowotworowe, antybakteryjne, zwiększa krążenie krwi, ujędrnia skórę oraz wygładza drobne linie i zmarszczki. Usuwa więc niedoskonałości skóry. Podwyższa się także poziom nawilżenia skóry. Apitoksyna pobudza produkcję kolagenu i elastyny. Kolagen wzmacnia strukturę skóry, podczas gdy elastyna pomaga skórze pozostać napiętą i odpowiada za jej sprężystość. Rozświetlona i odżywiona od wewnątrz cera to zasługa kosmetyków z jadem pszczelim. Po nałożeniu serum z jadem pszczelim , pojawia się delikatne mrowienie, które oczywiście nie jest długotrwałe. Wtedy nasz mózg odbiera sygnał, że zostaliśmy użądleni i pobudza komórki skóry do działań naprawczych. Polecamy przeprowadzenie testu skórnego przed użyciem.
Drugim ważnym składnikiem jest Manuka Honey – Miód manuka podobnie jad jad pszczeli pochodzi z Nowej Zelandii, jest znany z właściwości przeciwutlaniajacych, stymulujących i łagodzących, świetny wymiatacz wolnych rodników.
Serum do pielęgnacji oprócz ww składników zawiera:
- kwas hialuronowy wnika w skórę, nawilża i przywraca elastyczność. Chroni skórę przed promieniowaniem UV.
- hydrotriticum ™ WAA kompleks aminokwasów pszenicy o najniższej masie cząsteczkowej. Jest silnie higroskopijny.
- hydrotriticumWAA ™ma zdolność przenikania przez warstwę rogową i nawilżania skóry od wewnątrz. 


Kosmetyk znajduje się w bardzo ładnym dla oka opakowaniu. Trzeba przyznać , że wygląda dość ekskluzywnie. Posiada dozownik , dzięki któremu  za każdym razem wydobywam dokładnie tyle kosmetyku ile potrzebuję. Na początku miałam mały problem aby pompka zassała kosmetyk , ale zostawiłam buteleczkę na noc do góry nogami i potem już wszystko było ok. 


Serum używam od ponad miesiąca. Sięgam po nie raz dziennie, wieczorem , po dokładnym oczyszczeniu twarzy.  Na pokrycie całej buzi wystarczają dwie pompki kosmetyku. W chwili obecnej została mi jeszcze połowa opakowania. Serum ma delikatną a jednocześnie dość treściwą żelową konsystencję. Bezproblemowo i przyjemnie rozprowadza się po skórze. Szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie żadnej lepkiej warstewki. Wręcz przeciwne, lekko matuje skórę. Przy pierwszych użyciach serum czułam bardzo delikatne mrowienie skóry, z czasem jednak ten efekt przestał być odczuwalny. Za każdym razem po zastosowaniu serum po kilku minutach stosowałam również krem nawilżający lub olejek. Samo serum niestety nie nawilżało odpowiednio mojej skóry. Trzeba uważać by nie nakładać zbyt dużej ilości serum i by dobrze go rozprowadzić po skórze, inaczej potrafi się rolować przy nakładaniu kremu nawilżającego. 


Zapach serum dla mnie jest wspaniały, przypomina świeżą, soczystą brzoskwinię. Chciałabym kiedyś trafić na masło do ciała o tak pięknym zapachu. Po kilku tygodniach stosowania kosmetyku śmiało mogę powiedzieć , że skóra mojej buzi stała się gładsza. Kilka osób zwróciło mi uwagę , że stała się ona bardziej napięta i wygląda na "świeżą" i delikatną.  Serum nie ma za zadanie likwidowania dużych zmarszczek jednak bardzo dobrze radzi sobie z tymi drobnymi. 



To co nie do końca odpowiada mi w kosmetykach z jadem pszczelim to sposób pozyskiwania jadu pszczelego. Większość hodowców używa tzw. ramek do kolekcjonowania jadu. Ramki są wykonane ze szkła i przewodów elektrycznych. Pszczoły przy kontakcie z ramkami są delikatnie porażane prądem, do ula wracają jednak w nienaruszonym stanie. Jak widzicie pszczoły nie umierają jednak rażenie prądem myślę nie należny do przyjemnych. Fajnie jakby wymyślili inny sposób pozyskiwania jadu. 


Podsumowując: jest to pierwsze serum w mojej kolekcji, które na prawdę pozytywnie wpłynęło na wygładzenie oraz lekkie ujędrnienie mojej skóry twarzy. Więcej o serum możecie się dowiedzieć na stronie Skin Chemists klik.  

Pojemność: 30 ml
Cena: 135  £

Cena niestety nie należy do niskich, dlatego Pani Magda przygotowała dla Was kod rabatowy na serum zakupione online . 
Bee Venom Facial Serum £29.99
30PBEEFACE






czwartek, 18 września 2014

Artdeco - kamuflaż (korektor) do twarzy.

Ostatnie tygodnie nie były dla mnie zbyt miłe. W moim życiu było dużo stresu i smutków. Niestety ten stan negatywnie wpłynął również na wygląd mojej skóry.  Przez bezsenność borykam się z jeszcze większymi cieniami pod oczami a moja skóra twarzy pokryta jest wieloma  krostkami, rankami i innymi "nieprzyjemnościami". Pewnie znów minie  kilka miesięcy nim wszystko wróci do normy a ja nie będę krzywić się zerkając w lustro . Dzisiejszy post będzie o kosmetyku, który pomaga mi w ukryciu tego , czego staram się światu nie pokazywać.  Zapraszam na recenzję kosmetyku firmy Artdeco: Camouflage Cream, magnetyczny kamuflaż (korektor) do twarzy.


Od producenta: Perfekcyjne pokrycie niedoskonałości - Camouflage Cream w różnych odcieniach pokrywa niedoskonałości skóry takich jak przebarwienia, znamiona, żyłki oraz tatuaże. Kryjący krem gwarantuje trwały makijaż o różnej sile krycia i wysokiej odporności na temperatury. Po zastosowaniu pudru utrwalającego jest wodoodporny. Wszystkie odcienie dają się ze sobą połączyć, dzięki czemu można uzyskać idealny dla danej cery odcień. Pojemniki Camouflage można przechowywać w indywidualnym zestawieniu w praktycznych pudełkach magnetycznych.


Kamuflaż dotarł do mnie w ramach współpracy z drogerią BodyLand . Wybrałam odcień nr 2 , niestety wcześniej nie znałam gamy kolorystycznej tego kosmetyku i wyboru dokonałam trochę w ciemno. Mimo , iż moja cera należy do bladych, na lato niestety wybrałam jednak za jasny odcień . Dlatego , za każdym razem muszę  zwracać uwagę by nie nakładać  zbyt dużej warstwy oraz by zawsze dobrze go wklepać, rozsmarować na skórze. Zimą nie powinnam już mieć takiego problemu. 


Kosmetyk znajduje się  w małym plastikowym opakowaniu z przezroczystą przesuwaną szybką, w spodzie posiada ono magnez. Jest to dobre rozwiązanie by móc dołączyć go do  paletki magnetycznej. Ja czasami sięgam po niego nawet kilka razy dziennie więc znalazł on swoje miejsce przyczepiony do lusterka. Opakowanie to posiada jednak również swój minus. Mimo, iż zawsze dokładnie go zamykam, zbierają się w nim włoski i pyłki unoszące się  w powietrzu. 



Korektor posiada zbitą a jednocześnie kremową konsystencję, którą bez problemu nabieram  na palec lub pędzelek. Przyjemnie rozprowadza się na skórze , nie pozostawia smug. Jeśli chodzi o moje sińce pod oczami są one na prawdę bardzo duże. Walczę z nimi od dłuższego czasu i nie pomagają w ich zmniejszeniu  kremy jak i zabiegi typu masaże kostką lodu. Mogę jedynie próbować by nie były aż tak widoczne. Obecnie na co dzień używam korektora pod oczy z Maybelline , natomiast teraz wspomagam się również korektorem Artdeco. Nakładam jego niewielką ilość w kącikach oczu i delikatnie wklepuję palcem. Dzięki temu sińce stają się mniej widoczne a skóra jest bardziej rozjaśniona i wygląda na  wypoczętą.  Czasami w ciągu dnia powtarzam ten rytuał , rano sińce są w miarę znośne, niestety po południu wyglądają najgorzej. Korektor stosuję również na przebarwienia skórne jak i małe blizny. Bardzo dobrze je zakrywa , nie ściera się i na kilka godzin potrafi ukryć moje niedoskonałości. Jak wspomniałam wyżej , muszę jednak uważać z ilością , tak by wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie. 



Korektor nie wysusza ( jednak ja stosuję go punktowo ) , nie zbiera się w załamaniach skóry. Wystarczy nałożyć bardzo małą ilość by dobrze pokryć niedoskonałości. Jak dla mnie jest to bardzo wydajny produkt. Ma delikatny i przyjemny zapach.  Nie spływa nawet w bardzo ciepłe dni , jest trwały. Nie podrażnia i nie zauważyłam aby zapychał moją skórę. Po nałożeniu korektora , nakładam na twarz  podkład lub puder . 


Pojemność: 4,5 g
Cena: ok 40 zł 
Obecnie w drogerii BodyLand trwa promocja,  można zakupić go w niższej cenie klik

Jest to mój drugi kosmetyk firmy ArtDeco i ponownie jestem  miło zaskoczona. 





niedziela, 14 września 2014

PinkJoy - moje pierwsze zamówione pudełko z kosmetykami .

Od wielu miesięcy bardzo kusiło mnie by zamówić swoje pierwsze pudełko z kosmetykami . Długo jednak  z tym zwlekałam bo ich zawartość często dla mnie była niestety nieciekawa , ale zdarzały się również perełki. Ciągnęło mnie w kierunki ShinyBox jednak w ostateczności , na moje pierwsze pudełko zdecydowałam się od PinkJoy. Dlaczego? W czerwcu została ogłoszona kolejna jego edycja , tym razem w pudełku miały znaleźć się kosmetyki z UK. Kuszące prawda? Zamówienie złożyłam w czerwcu , PinkJoy kazało na siebie bardzo długo czekać i tak oto kosmetyki dotarły do mnie dopiero w piątek. 




Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne , no i oczywiście ta nutka ekscytacji co znajdę w środku. Radość niestety trwała bardzo krótko :( Hasło tej serii brzmiało , kosmetyki z UK a w środku niestety znalazłam kosmetyki z USA. Na kartce dołączonej do pudełka hasło zostało zmienione i teraz brzmi: najczęściej kupowane kosmetyki w Wielkiej Brytanii. 


Pomyślicie, że przesadzam, że też fajnie. Niestety nie, zamawiając pudełko z kosmetykami z UK takie też chciałabym otrzymać. Te które znajdziemy w pudełku śmiało zakupimy również w naszych sklepach wysyłkowych i to w bardzo fajnych cenach. Nawet nie wiecie jak bardzo się zawiodłam. Kosmetyki schowałam wczoraj do szafki i na razie nie mam ochoty nawet na nie patrzeć. 

Co było w środku?







Cena pudełka: 49,90 
Czas realizacji: 2 miesiące 

Podsumowując: jest to moje pierwsze i ostatnie zamówione pudełko PinkJoy . 


czwartek, 11 września 2014

Argan oil - kosmetyczny olej arganowy ♥

W sierpniu pisałam Wam o wspaniałościach , które dotarły do mnie prosto z Marrakeszu klik . Kasia , właścicielka sklepu Marokanskie cuda,  przysłała mi do testów czarne mydło oraz olej arganowy. To było moje drugie spotkanie z kosmetykami tego typu. Czysty olej arganowy gościł już u mnie w zeszłym roku, niestety ze względu na cenę zakupiłam bardzo małą buteleczkę i niestety nie napisałam o nim postu. Naprawiam ten błąd i dzisiejszy post będzie dotyczyć oleju arganowego .


Od producenta: Olej arganowy kosmetyczny zwany złotem Maroka czy eliksirem młodości jest jedyny w swym rodzaju i każdy kto spróbował go choć raz staje się jego wiernym fanem. To jeden z najbardziej cenionych olei na świecie. Olej zawiera wyjątkową kompozycję kwasów tłuszczowych oraz słynie z wysokiej zawartości witaminy E.
Możemy go stosować w celu:
ujędrnienia, rozpromienienia, głębokiego nawilżenia skóry twarzy i ciała (w tym działanie anti-aging), wzmocnienia i uelastycznienia skóry, zmniejszenia widoczności rozstępów i blizn, pozbycia się wszelkich przesuszeń skóry, podrażnień a nawet w celu zagojenia ran czy oparzeń, leczenia trądziku, wzmocnienia, odżywienia włosów , wzmocnienia paznokci i pielęgnacji skórek wokół nich , codziennej pielęgnacji ciała (argan pierwszej jakości może być stosowany ze świetnymi rezultatami przez osoby z przeróżnymi chorobami skóry (np łuszczyca czy atopowe zapalenie skóry) oraz alergią. Świetnie nadaje się także do pielęgnacji delikatnej skóry dzieci i niemowląt.
Nasz olej jest najlepszej jakości a owoce arganu, z których jest produkowany pochodzą z ekologicznych, „czystych” upraw. Jest zatem prawdziwym olejem arganowym z zachowaniem najlepszego sposobu jego produkcji i filtracji. Posiada  francuski certyfikat jakości ECOCERT!



Olej znajduje się w bardzo ładnej oraz praktycznej szklanej buteleczce. Uwielbiam kosmetyki z takimi dozownikami, a jeśli chodzi o oleje niestety nie często się to zdarza. Ta butelka z pewnością zostanie ze mną na dłużej i wykorzystam ją do używania innych olei. Kolor jest przyjemny dla oka, oczywiście ma w sobie coś ze złota. Zapach niestety nie należy do  moich ulubionych , dla mnie to taki delikatny smrodek. Na szczęście nie jest on mocny, dzięki czemu jest znośny. Kto z Was posiadał czysty nierafinowany olej arganowy z pewnością wie o czym mówię:) 


Olej na początku stosowałam raz dziennie, a dokładnie wieczorem, po dokładnym oczyszczeniu twarzy. Po tygodniu zaczęłam jednak sięgać po niego  dwa razy dziennie, rano oraz wieczorem. Olej bardzo przyjemnie rozprowadza się po skórze i jak dla mnie jest jednym  z tych, które dość szybko wchłaniają się. Po zastosowaniu nie męczymy się zbyt długo z tłustawą warstewką na naszej skórze. Stosowałam go również pod oczy , dwa razy użyłam go też na całe ciało, po wcześniejszym użyciu czarnego mydła oraz rękawicy. Cóż mogę powiedzieć, moja skóra po prostu uwielbia ten olej. Olej sprawia, iż jest ona dobrze nawilżona , wygładzona i przyjemna w dotyku. Wiem , że olej przyczynił się też do wyrównania koloru  skóry mojej twarzy. Jest teraz o wiele mniej plam, przebarwień oraz drobnych blizn . W moim przypadku nie zapycha mojej skóry. Bardzo dobrze sprawuje się również  jako dodatek do maseczek. Gdyby był bardziej wydajny  z chęcią częściej stosowałabym go na całe ciało, w szczególności na nogi oraz pupę . Wiecie, każda próba walki z cellulitem jest u mnie mile widziana. 


Niestety nie zdarzyłam użyć go na włosy ;/ Olejku zostało mi jeszcze tylko na dwa dni. Ale zrobię to następnym razem, olej polubiłam tak bardzo , że zamówiłam już kolejne opakowanie. Zamówiłam też jeden dla mojej mamy oraz bratowej :)

 
Pojemność: 30 ml
Cena: 28 zł . Natomiast 60 ml kosztuje tylko 35 zł. 

Oczywiście jest on do kupienia u Kasi w sklepie klik , dostępne są również inne pojemności. Zamówiłam sobie również mydło arganowe, ale strasznie interesuje mnie też szampon oraz krem z tej serii klik.  Z ręką na sercu polecam Wam ten sklep , kosmetyki posiadają na prawdę przyjemne składy, te dostępne w naszym kraju,  koło tych nawet nie leżały.  

wtorek, 9 września 2014

Miodowy peeling z malinami :)

Pewnie macie już dość moich postów o domowych peelingach , dość często o nich piszę na moim blogu. Musicie mi to wybaczyć, ja po prostu jestem w nich zakochana . Pomysłów na peelingi jest wiele, dlatego za każdym razem robię sobie inną jego wersję. Tym razem składnikiem umilającym całość są suszone maliny . Zapraszam Was na krótki post o miodowym peelingu  z malinami. 
Jak widzicie skład jest prosty ale za to konkretny :) Miód uwielbiam, zarówno jako dodatek na tosty, do ciast jak i jako składnik domowych kosmetycznych wyrobów. Co roku kupuję go od znajomego ,który posiada własną pasiekę. Dzięki temu wiem , że jest to prawdziwy , naturalny miód. Ten z którego skorzystałam pochodzi jeszcze z zeszłego roku. Zdążył się skrystalizować i tym razem do peelingu użyłam to, co osiadło na dole słoika. Do peelingu zazwyczaj dodaje cukier trzcinowy bo lubię mocniejsze zdzieraki, jednak ostatnio wybór padł na zwykły biały cukier

Maliny są z mojego ogródka. W zeszłym roku posadziłam ich niemałą gromadkę i teraz mogę je zrywać , piękne i świeże,  prosto z krzaczka. Maliny suszyłam już w lipcu gdy były największe upały. Podzieliłam je na mniejsze części, rozłożyłam na małym ręczniku i pozostawiłam na dwa tygodnie w ciemnym pomieszczeniu . Przed ich dodaniem do peelingu rozkruszyłam je drewnianym wałkiem. Dwa ostatnie składniki to oleje. Tym razem wybrałam olej ze słodkich migdałów oraz z marchwi. Ten drugi nadał bardzo ładnego pomarańczowego koloru . Pamiętajmy by nie dodawać go zbyt wiele ponieważ barwi on skórę ( i nie tylko ). Kupiłam go na początku czerwca bo chciałam zrezygnować z używania balsamów brązujących. Niestety w tej roli zupełnie się nie sprawdził. Składniki oraz ich proporcje w peelingu możecie wybierać według własnych upodobań oraz potrzeb. 
Taki peeling wspaniale oczyszcza oraz wygładza moją skórę a dzięki zawartości miodu oraz oleju przyjemnie ją odżywia oraz nawilża. Polecam :)